Dźwiękowe SPA w Sopocie – OSA Festival 2017 – RELACJA

1 042
Relacja
Dźwiękowe SPA w Sopocie – OSA Festival 2017 – RELACJA

"To, co udało się zbudować organizatorom Open Source Art przez wiele lat ciężkiej pracy, to niewątpliwie niesamowite osiągnięcie, szczególnie w tak trudnym artystycznie miejscu jakim jest turystyczny Sopot" - sprawdź co się działo na tegorocznej "osie"!

Festiwal Open Source Art w Sopocie po raz kolejny zaprosił poszukiwaczy doświadczeń słuchowych do swojego „dźwiękowego spa”. Przez trzy wieczory eksperymentalne koncerty zasiedliły się w PGS, wypychając słuchaczy ze strefy komfortu swoją nieprzewidywalnością, a za dnia nadmorskie fale i świeże powietrze dawały wytchnienie od typowej miejskiej pogoni.

W odróżnieniu od poprzedniej edycji, tym razem wszystkie występy odbyły się w jednym budynku. Oprócz koncertów w Państwowej Galerii Sztuki, można też było udać się na wykład Zapis w sztuce dźwięku tworzonej przez kobiety w latach 50’, 60′ i 70’ w oparciu o tekst z nowego numer magazynu Glissando lub zobaczyć analogową instalację audiowizualną Rainera Kohlbergera, która potrafiła niesamowicie zahipnotyzować swoim odrealnieniem.

Pierwszy dźwiękowy wieczór w PGS otwierał Julian Bayle i od razu publiczność, która rozsiadła się po sali powitana została minimalistycznymi wizualizacjami i mocno perkusyjną muzyką elektroniczną. Cyfrowe brzmienie idealnie współgrało z geometrycznymi projekcjami na sporym ekranie za artystą. Jego występ aż prosił się o powstanie i taniec, jednak nikt się nie odważył. Od 7 lat (z małymi wyjątkami jak np. pamiętny występ Samuela Kerridge’a na poprzedniej edycji) nikt na OSA nie tańczy. Atmosfera galerii zobowiązuje do pełnej koncentracji, na chłonięciu sztuki jaką niewątpliwie jest muzyka zaproszonych gości.
Po pełnym przesterowanego electro występie nastąpiła całkowita zmiana klimatu, gdyż stery przejął Joshua Sabin, którego ostatnia płyta została wydana na labelu Subtext. Występ jak i płyta była oparta o sample nagrane w berlińskim i tokijskim metrze, przepuszczone przez efekty. Joshua wyjaśnił podczas swojego występu dlaczego został zaproszony w szeregi uznanej wytwórni, idealnie prezentując jej charakterystyczne brzmienie i nie potrzebował do tego żadnych wizualizacji. Bardzo udany debiut zdolnego Szkota.

Ostatni występ przypadł tego wieczoru tajemniczemu duetowi, którego nazwy nikt nie potrafi wymówić – SHXCXCHCXSH. Za wizualizacje odpowiadał Pedro Maia. Miałem okazję słyszeć ich już 4 razy i trzeba docenić jedno – każdy występ jest zupełnie inny. Potrafią zagrać lajwa techno, potrafią zagrać bardziej połamane brzmienia, ale równie (lub nawet bardziej) taneczne, a potrafią też zagrać znacznie spokojniej, jak wydarzyło się to właśnie w Sopocie. Muszę przyznać, że ta odsłona podobała mi się najmniej ze wszystkich dotychczasowych jakie słyszałem, ale nie sposób nie mieć szacunku dla duetu za nieprzewidywalność. I to tyle, trzy koncerty i można było iść spać. Ewentualnie jeśli komuś brakowało bodźców, w Sopocie ich nie brakuje – tylko czy coś może równać się temu co dzieje się na festiwalu OSA? Może jedynie szum fal…

Drugiego dnia koncerty otworzyła Miram Bleu, o której nie wiedziałem zupełnie nic. No i już od momentu „rozstawiania się” na stole wspomnianej artystki zaciekawiła urządzeniami, z których miała zamiar korzystać. Instrumentami Miram były bączki! Tak, te bączki z dzieciństwa, które nakręcałeś, a te mogły kręcić się bez żadnej pomocy, tylko że z przyszłości. W tym wypadku bączki były kontrolerami midi z zamontowanymi żyroskopami i oświetleniem, zmapowanymi pod różne efekty i sample. Nad stołem zamontowana była kamerka, która w czasie rzeczywistym nagrywała poczynania Miram i przedstawiała je w formie projekcji na ekranie za jej plecami. Nietypowa forma występu na pewno zaskoczyła większość słuchaczy, a warstwa muzyczna trzymała równie wysoki poziom, o czym świadczyło niesamowicie ciepłe przyjęcie przez publiczność, której entuzjastyczne oklaski i okrzyki nie stygły przez dobrą minutę po występie.

Drugi w kolejności był Yves De Mey, uznany producent, inżynier dźwięku z Brukseli, któremu pomimo słabych okoliczności (podwójnie zgubiony bagaż ze sprzętem, na którym miał występować) udało się wystąpić i zaliczyć jeden z najciekawszych występów festiwalu. Unikatowa eksperymentalna mieszanka idm’u i techno oraz duża nieprzewidywalność w live act’cie opartym na elektronie, efektach gitarowych i niedocenianych Volcach, sprawiła, że Yves wyróżnił się mocno na tle innych artystów swoim wyjątkowym brzmieniem.

Ostatnim występem wieczoru był Roly Porter i Marcel Weber, znany w środowisku jako MFO, czyli bezapelacyjnie jeden z najciekawszych projektów audiowizualnych ostatnich czasów. Roly wydał m.in. w legendarnym Tri Angle Records i przełomowym Subtext, a Marcel jest odpowiedzialny m.in. za oświetlenie Berlin Atonal. Miałem okazję widzieć ich już trzeci raz, dlatego mogę powiedzieć, że nie byłem zaskoczony. Jednak przywołując wspomnienia z pierwszego razu, mogę śmiało powiedzieć, że była to jedna z najpiękniejszych podróży w życiu, a geniusz MFO odnośnie zabawy ze światłem stroboskopów to następny poziom doświadczenia wizualnego. W pewnym momencie na ekranie, gdzie wyświetlane były wizualizacje, pojawił się napis „For the next part please close your eyes – until the blinding light fades. Don’t be afraid, you will see with your eyes closed.” a Marcel rozstawił po sali stroboskopy i usiadł wśród publiczności aby kontrolować świetlne show. To co ujrzeliśmy z zamkniętymi oczami można porównać do wizualnie intensywnego doświadczenia psychodelicznego, a geometryczne wzory przebijały się przez powieki w rytm utworu z płyty „Third Law”. Po wszystkim na język cisnęło się tylko jedno określenie – „niesamowite”.
Ostatnie dwa niedzielne koncerty zwiastowały ciekawy finał festiwalu. Wieczór otwierał Gábor Lázár, chwalony i określany przez wiele opiniotwórczych mediów (m.in. Rolling Stone, The Guardian czy Resident Advisor) jako przyszłość muzyki elektronicznej. Wydawał m.in. w wytwórni Lorenzo Senni’ego, a jego utwory w swoich występach grał sam Aphex Twin. Takie muzyczne CV gwarantowało nieszablonowy występ i tak też było. Bohater, o którym mowa, zaprezentował wyjątkowy live act, w którym połamane z matematyczną precyzją rytmy łączą się z sonicznymi dźwiękami, dając niesamowicie futurystycznie brzmiący materiał. Z jednej strony trochę „monotematyczny”, a z drugiej bardzo spójny występ i niewątpliwie unikatowy.

Ostatni live act festiwalu przypadł Caterinie Barbieri, która zaprezentowała go na syntezatorach modularnych. Młoda Włoszka występowała na tak kultowych wydarzeniach, jak The Long Now, CTM, Berlin Atonal, Paris Fashion Week czy Festiwal Filmowy w Wenecji, a więc i oczekiwania były spore. Pierwszy raz również pojawiło się „cieplejsze” kolorowe oświetlenie, wzmacniające kobiecą naturę występu zamykającego trzy wieczory festiwalu. Mimo mocnego rozpoczęcia, które wybiło publiczność z „siedzącej” strefy komfortu i medytacji, muzyka zaczęła szybko ewoluować, kolejne polirytmiczne i polifoniczne dźwięki rozrywały ciszę sopockiej galerii, zabierając słuchaczy w wyjątkową podróż, wywołując wiele emocji i tworząc perfekcyjne zakończenie festiwalu. Warto wspomnieć, że po każdym wieczorze odbywały się aftery w lokalu Dwie Zmiany, na których można było spotkać się z artystami i porozmawiać przy barze w bardzo przyjaznej atmosferze.

Przed przyjazdem wszyscy artyści obawiali się słabej jakości dźwięku i akustyki, a spacer po Monciaku i słuchanie muzyki dobiegającej z pobliskich klubów raczej nie budował w nich optymizmu. Jednak gdy oczom i uszom artystów ukazało się nagłośnienie Funktion One, a entuzjastycznym oklaskom i okrzykom publiczności po występach nie było końca – każdy z nich opuścił Sopot w pełni usatysfakcjonowany. To, co udało się zbudować organizatorom Open Source Art przez wiele lat ciężkiej pracy, to niewątpliwie niesamowite osiągnięcie, szczególnie w tak trudnym artystycznie miejscu, jakim jest turystyczny Sopot i oby władze miasta nigdy nie zrezygnowały ze wspierania tej ostatniej ostoi kultury i sztuki wyższej.

Tekst: Dawid „RaQ” Rakowski
Fot. Michal Szymonczyk