'Music is everything' - Up To Date Festival 2015 RELACJA

news
09 Wrze 2015 14:06

piotrlenda Autor: piotrlenda

 
'Music is everything' - Up To Date Festival 2015 RELACJA

Z miłości do muzyki ten festiwal robiony i myślę, że widzi to każdy odwiedzający Centrum Kultury Węglowa - stwierdza w relacji z Up To Date Festival Piotr Lenda, redaktor Muno.pl.

Wschód, region drugiej kategorii, zaledwie 300 tys. zł pomocy od miasta - to zaledwie kilka faktów i stereotypów, z którymi organizatorzy festiwalu Up To Date w Białymstoku zmagają się od początku istnienia. Tysiące wydawane na agencje pośredniczące są tutaj zastępowane kreatywną produkcją gołymi rękami, a wpływy z biletów to najczęsciej jedynie 1/5.

Dlaczego tyle o finansach? O tym nikt nie mówi, a zwłaszcza w tym przypadku należałoby pokazać proporcje monet do finalnego dzieła stworzenia. Wielki kulturalny potencjał jest hamowany przez finanse, ale na szczęscie głównym motorem napędowym jest miłość do muzyki. Z miłości do muzyki ten festiwal robiony i myślę, że widzi to każdy odwiedzający Centrum Kultury Węglowa. Ja w tym roku po raz trzeci i po raz trzeci będę miał szczęście wspomnieć o rodzinnej atmosferze, perfekcyjnej organizacji i niesamowitych występach, które rodziły "ciarki od krzyża aż po kark".

Tegoroczną wielką zmianą było całkowite usunięcie sceny Hip Hop i postawienie jednej pod wspólnym szyldem Beats. Rap jeszcze bardziej zbliżył się do elektroniki, czym organizatorzy osiągnęli zamierzony efekt. Uk Garage, Juke, Drum'n Bass i inne gęste bity w połączeniu z niebanalnymi tekstami czołówki polskiej sceny rapowej, jak PRO8L3M, Włodi, Syny czy Taco Hemingway było dla wielu nowym doświadczeniem. Zwłaszcza ten ostatni zebrał całe tłumy na swoim występie. Połamane dźwięki tych mniej znanych (Kenobit, Nightwave) mieszały się z kunsztem starych wyjadaczy (Addison Groove, The Panacea). Całość dopełniały występy reprezentantów wytwórni Polish Juke (Lux Familiar, Comoc, Rhythm Baboon, Dubsknit). 


Taco Hemingway

Dla mnie najbardziej istotnym punktem festiwalu była jednak jaskinia lwa - Technosoul Stage. Organizatorzy już w poprzednich latach przyzwyczaili nas do świetnych bookingów, które zaspokajały apetyt u tych najbardziej wybrednych. Ciężko było przebić poprzedni rok, w którym ze sporo większym budżetem sprowadzano takie gwiazdy jak Regis, Silent Servant czy James Ruskin, jednak mam takie wrażenie, że tegoroczny line up był jeszcze bardziej niszowy, a przy tym poziom występów był jeszcze wyższy. Usłyszeliśmy absolutny top topów jeśli chodzi o techno. Było bezkompromisowo, brudno i mrocznie. Wahlarz stylów od detroit, przez dub, tribal aż po surowy industrial. 


Piątkowe występy rozpoczynała Olivia - polska djka, którą szerzej poznali mieszkańcy małopolski, ze świetnych klubowych wystepów i organizacji imprez w tamtym regionie. Doskonały dwugodzinny warm up, z selekcją która pozwoliła każdemu poczuć magię sceny i rozgrzać kończyny jeszcze przed północą. Nie ukrywam, że osobiście tego dnia czekałem na Visonię. Punkt 23.00 i po klimatycznym intro Chilijczyk Nicolas Estany w cekinowej masce rozpoczął zmodulowanym wokalem i tanecznymi numerami z wydanego w 2014 roku albumu "Impossible Romance" oraz EPki "Journey To Humility". Dostałem to na co czekałem - piękny live, new wave, elektro, galopujące techno, trochę ambientu, ogólnie niesamowita różnorodność styli. Jako bonus dołożył jeszcze kilka numerów z nowego materiału "Opal's Sunflowers". Szczerze to nie myślałem, że może to może dobrze brzmieć o takich godzinach, jednak od tego występu rozpoczął się mój prawdziwy rave.


Visonia

Reckonwrong przypominał mi momentami IVVVO z poprzedniego roku. Występ pełen zwrotów akcji i szybkich miksów. Facet w kilka sekund potrafił rozgrzać wszystkich w tempie 140bpm by po chwili zaskoczyć krzykiem rodem z Silent Hill. Tylko godzina, a trwała jak trzy. Kolejne tajemnicze postacie - duet o niewymawialnej nazwie - SHXCXCHCXSH i kolejny mocny punkt. Chyba każdy technoturysta katował "Linear S Decoded" i serię EPek z 2012 i 2013 roku. Pod technonamiotem zabrzmiały takie hymny jak "Drain This Lord" czy "LTTLWLF". Dla tych, którzy doszukują się w internetach tożsamości duetu - jeden z nich jakby specjalnie pokazywał twarz i nie był to Shifted, drugi natomiast nadal pozostaje tajemnicą. Dla mnie był to występ kompletny, mimo problemów technicznych.


SHXCXCHCXSH

Wręcz po profesorsku zaprezentował się jeden z najbardziej doświadczonych artystów w LU - Steve Bicknell. Ponad 30 lat na scenie robi swoje. Pełne skupienie w trakcie seta, brak najmniejszego ruchu, rygor w doborze utworów - to od razu dało się wyczuć. Chciał żeby słuchać, nie patrzeć. Myślę, że nawet nie zerknął na publiczność i to jest właśnie piękne. Muzyka jako jedyna bariera i jedocześnie siła przyciągania. Występ wieczoru i chciałbym za rok usłyszeć tym razem nie profesora, a chirurga (if you know what i mean). Po 3 mogliśmy usłyszeć artystów rodzimej sceny. Jacek Sienkiewicz - jego raczej przedstawiać nie trzeba - zaprezentował wszystkim utwory ze świetnie przyjętego najnowszego albumu "Drifting" dla Recognition. Właśnie tytułowy kawałek, który niezliczoną ilość razy pojawiał się na playlistach w wersji live brzmiał tamtego wieczoru naprawdę okazale. Ostatnimi, którzy o późnych godzinach "zamykali" dzień pierwszy byli Piotr Klejment & Gem - przedstawiciele Technosoul Rec. - kolektywu promotorskiego i zarazem wytwórni o tej samej nazwie. Tylko dla najwytrwalszych był ten występ. Panowie pokazali klasę do jakiej już jesteśmy przyzwyczajeni słuchając miksów czy wydań przedstawicieli tejże wytwórni.


Steve Bicknell

W sobotę, przed atrakcjami na Węglowej organizatorzy przygotowali kilka godzin podróży w bardziej stonowanym, kameralnym klimacie - Centralny Salon Ambientu w Operze i Filharmonii Podlaskiej. Specjalnie przygotowane występy live zaprezentowali Eric Holm, Robin Storey aka Rapoon oraz włoch Alessandro Tedeschi (Netherworld). Muzyka wymagająca skupienia, dojrzałości i wyobraźni od słuchacza była najlepszym z możliwych preludiów do odhumanizowanego klimatu na scenie Technosoul. Tam taneczne uniesienia zaczynał młody litewski dj - Rookas. Występ był najdzwyczaj ostry i energiczny. Artysta nie oszczędzał jakby trochę ospałej po piątku publiczności. Kwaśne acidowe bangery miksowane z klasyką rodem z Detroit wywabiły ukrytych gdzieś w gastro raverów. Piotr Śliwiński aka Echoplex ze swoim najnowszym projektem Neuroband live postawił na mocne, syntetyczne brzmienie, które raz po raz nakręcał własnym szatańsko modulowanym wokalem. To techno najwyższej próby, co zresztą potwierdza na wielu światowych imprezach m.in. w Berghain, Tresorze czy nawet niedawno zakończonych Boiler Roomie w Białymstoku i Audioriver Festival (dla domyślnych).

Najpotężniejsze granie miało jednak dopiero nadejść. O/H, czyli kolejny nieszablonowy live projekt Richa Oddiego i Dave'a Fostera, mógł albo zahipnotyzować albo zdołować. Panowie, znani bardziej pod aliasami Orphx i Huren doskonale sie uzupełniali, tworząc jednocześnie najbardziej wymagający liveact weekendu. Foster popijający piwo raz za razem i budujący napięcie przeraźliwym krzykiem to na pewno nie jest często spotykana sytuacja. Słyszałem w tym gitarowe riffy, post punk, industrial, drone, noise i inne najmroczniejsze odmiany muzyki elektronicznej. Oddie doskonale uzupełniał wokal Hurena tworząc sunący, mglisty miks. Zostałem, patrząc jednocześnie jak niewielka część technonamiotu ucieka w popłochu. Kolejne występy były esencją surowego, mechanicznego techno. Abdulla Rashim i Varg, jako Ulwhednar zawładnęli publicznością, ani przez chwile nie dając odpocząć. Widziałem uśmiechnięte szamańskie twarze w czarnych ciuchach tańczące w jedno tempo - coś cudownego. Oczywiście, że dałem się porwać w tą cudowną podróż.


SNTS

Myślałem, że nic lepszego nie spotka mnie już tego wieczoru - myliłem się. Każdy kto choć odrobinę szperał po artystach szukając ciekawych produkcji, wiedział, że zakapturzony facet w czarnej masce - SNTS - potrafi wiele. Nikt natomiast nie spodziewał się, że nie bedzie to nie tyle co najlepszy występ na festiwalu, ale też jeden z najlepszych w całej jego historii. Komentarze jakie pojawiały się podczas występu mówiły wiele - "on jest z innego świata", "mistycyzm", "ale to jest pięknie brudne"! Artysta po początkowym skupieniu, poczuł magię od publiczności i sam zaczął się kołysać. Sam ocknąłem się dopiero po ostatnim numerze. Szaman w masce mną zawładnął. Publiczność była jednym organizmem - dla takich chwil się żyje!

Większość pewnie będzie zdania, że nikt lepiej nie kończy festiwalu od Dtekka i Essence'a. Panowie żonglowali vinylami, miksując i wkładając je spowrotem do case'a. Masa nieśmiertelnych klasyków, "Born Slippy", Robert Hood, aż ściskało w gardle, że to już koniec. "Siła" była obecna do końca.


Essence & Dtekk

Rok 2015 był wielką próbą dla organizatorów, aby - pomimo niesprzyjających komentarzy, wbijania szpil przez sponsorów i miasto - festiwal po raz kolejny zaznaczył się na muzycznej mapie Polski. Ludzie go tworzący udowodnili po raz kolejny, że są jak rodzina, nie tylko doprowadzając festiwal do końca, ale także przelewając w serca słuchaczy hasło wypisane na murze - "Music is everything". Przed festiwalem Taste The East 2015 - konferencja oraz dwa dni w klubie Metro z pieknymi bookingami, następnie Boiler Room z równie świetnym składem. Na samym festiwalu świetna organizacja, więcej miejsc siedzących, lepsze lokalizacje scen, mniej kolejek po wodę, piwo czy jedzenie. W końcu nagłośnienie ustawione na najwyższym poziomie, więcej miejsca na parkietach i występy, które na długo będę pamiętał. Nie zapominam także o niekończących się afterach, czarnych szamankach z wlepkami "rave" na plecakach, nowopoznanych osobistościach, a także tych z którymi widzę się zawsze na Up To Date.


Techno ma siłę i ta siła znów była obecna na Technosoul. Nie w "gwiazdach o wielkich nazwiskach", a w artystach ukrywających się za maskami i kapturami, którzy oczekują przede wszystkim tego żeby słuchać, nie oglądać - bo "music is everything" - po prostu.

ZOBACZ TEŻ: Warto rozmawiać (o techno) - Taste The East 2015 RELACJA