'Unsound jest na czasie jak żaden inny festiwal w kraju' - RELACJA

relacja
25 Paź 2017 14:10

muno Autor: muno

 
'Unsound jest na czasie jak żaden inny festiwal w kraju' - RELACJA

Sprawdź co działo się podczas trzech nocy w Hotelu Forum pod hasłem „Flower Power”.

Unsound Festival obchodził w tym roku swoje piętnastolecie! Niewątpliwie jest to jeden z najbardziej ekscytujących i gatunkowo eklektycznych festiwali, dlatego od lat wiernie w nim uczestniczę w roli słuchacza. Tym razem jako motyw przewodni organizatorzy obrali sobie hipisowskie hasło „Flower Power”. Piękną szatę graficzną festiwalu przygotowała zdolna producentka We Will Fail, czyli Aleksandra Grünholz. 

Festiwal rozpoczął się dla mnie dopiero w czwartek, dlatego nie sposób mi opowiedzieć o tym co działo się od początku. Natomiast to co wydarzyło się w Hotelu Forum od czwartku do niedzieli, to już mocno klubowe klimaty. Patrząc wstecz na to co brzmiało na trzech salach hotelu, każdej nocy rytmicznie wyczuwalny był powrót do natury, do plemiennego ducha, ale także świetnie uchwycone zostały obecne trendy w muzyce klubowej.

W czwartek dużo pochlebnych opinii słyszałem o Pharmakom, ale niestety sam dotarłem dopiero na występ Varga, członka Northern Electronics, który ostatnio odsuwa się od wizerunku producenta techno i promuje np. trapowy projekt z Anną Meliną - bardzo nietypowa mieszanka. Zaskakujący set zaprezentował Tzusing w drugiej sali, mieszając od breakcore’u, jungle, przez techno do electro. Po Vargu główną scenę przejęła Nina Kraviz, a sala wypełniła się tłumem ludzi. Głosy na temat jej występu były podzielone, jako poszukiwacza eksperymentalnych dźwięków i zaskoczeń nie wczułem się tak bardzo w jej set. Cieszy jednak fakt, że tak duże nazwiska zaczynają czerpać przyjemność z występów na festiwalu tak bardzo, że następnego dnia grają raz jeszcze w festiwalowym streamie dla Rinse FM. Wracając jednak do Forum - Umfang próbowała zastąpić Ninę, jednak sława pani Kraviz sprawiła, że po jej występie sala się mocno opróżniła. Nie da się ukryć, że jej występ ściągnął publikę, która normalnie na Unsoundzie mogłaby się nigdy nie pojawić.


Na trzeciej sali przez całą noc dominowaly brzmienia basowo-dancehallowo-r’n’b, ale w dosyć klasycznym wydaniu. Zamiast kawiarni Forum, w tym roku na cały weekend otwarto dawną „kuchnię” hotelu, co pozytywnie wpłynęło na ogólny odbiór muzyki i scena została faworytem wielu ludzi zawieszających się tam na wiele godzin.

Po kilku godzinach w Hotelu Forum ciężko było mi znaleźć sobie miejsce na dłużej. Pewnie sytuacja wyglądałaby inaczej, gdybym był już po kilku bardziej eksperymentalnych koncertach, które trwały od niedzieli. Jednak nadchodzące dni zwiastowały jeszcze sporo ciekawych doświadczeń.

Drugi wieczór w postkomunistycznym Hotelu rozpoczynał Dtekk, który po wielu latach grania zdaje się być obecnie w topowej formie, występując od Berghain, przez Audioriver po Unsound. Jednak w Krakowie wystąpił w roli odrobinę mniej znanej, witając przybyłych słuchaczy mocnym dronowym otwarciem wieczoru. Dla mnie osobiście był to dobry wstęp do live actu J.G. Biberkopfa, którego ostatnie dokonania sprawiły, że był to jeden z bardziej wyczekiwanych występów wieczoru i nie zawiodłem się. Godzina minęła niesamowicie szybko. Duże nadzieje pokładałem też w Rainforest Spiritual Enslavement (alias Dominica Fernowa, znanego jako Vatican Shadow i Prurient). Niestety zabrakło mi w jego występie głębi znanej z produkcji, a całość brzmiała dosyć brutalnie.

Scena główna tego wieczoru zwiastowała raczej energetyczne granie około techno, ale mnie ciągnęło do czegoś bardziej nieprzewidywalnego. Większość czasu spędziłem pomiędzy salą drugą a trzecią, gdzie rządziły mocno nieszablonowe odmiany muzyki basowej, które ciężko spiąć gatunkową klamrą.

Świetne występy zaliczyli Sega Bodega i Coucou Chloe prezentując świeże klubowe post-genre brzmienia. Duże oczekiwania miałem wobec MM, ale to b2b reprezentantów Livity Sound, Peverelista, Kowtona i Batu nie pozwoliło stać w miejscu porywając parkiet niebanalną mieszanką UK Techno. Po długich godzinach zakończyli swój występ, przechodząc przez główną salę. Nie dało się nie zatrzymać i tańczyć do genialnego dj setu Noncompliant, której dwudziestoletni staż za deckami przełożył się na bezkompromisowo szybki mix i niesamowitą taneczność. Występ Amerykanki świetnie poniósł zbudowany nastrój przez poprzedzające b2b legend DJ Bone'a i DJ Stingraya. Końcówka piątku wreszcie pozwoliła w pełni porwać się muzyce i zbudowała apetyt przed ostatnią już sobotnią nocą.


Ostatnia noc w hotelu Forum skupiła moją uwagę na głównej scenie. Na szczególne wyróżnienie zasłużyła niewątpliwie Holly Herdon, która wystąpiła w towarzystwie 6 osobowego chóru, zderzając ze sobą folkowy śpiew z nowoczesną elektroniką i budując tym samym poczucie wzniosłości i wzruszającego patosu. Dosyć mocnym przeskokiem było wejście JLin, której sposoby rytmicznego łamania sampli perkusyjnych i basu wykraczają już daleko poza ramy footworku, z którym była kojarzona. Niewątpliwie znalazła już swoje wyjątkowe brzmienie.


Największym zaskoczeniem był dla mnie występ DJ Sprinkles, którego wcześniej nie znałem. Przymglone produkcje pełne ambientowych padów, uzupełniane wzniosłymi monologami dawały iście „gospelowy” klimat i jeśli chodzi o deep house, to chyba nie da się już zejść głębiej. Po takiej kombinacji ciężko było się odnaleźć, próbowałem jeszcze przemieszczać się pomiędzy trzecią sceną, gdzie królowało tego wieczoru taneczne 4x4 a salą drugą, gdzie rządziły głównie kobiety, ale nic już nie było w stanie przebić doświadczeń z głównej sceny.

Niewątpliwym atutem Unsoundu jest używanie przestrzeni miejskiej, która nie gościła w swoim domu jeszcze muzyki elektronicznej. Koncert zamknięcia w Teatrze im. Juliusza Słowackiego był strzałem w dziesiątkę, jeśli chodzi o dobór miejsca. Majestatyczny budynek wzbudzał poczucie uczestnictwa w niezwykle wzniosłym wydarzeniu, zupełnym przeciwieństwu tego co odbywało się np. w imprezowym Forum. Publiczność rozsiadła się na parterze i balkonach, aby oddać się koncertom zamknięcia The Jon Gibson Group i GAS. Oba koncerty były raczej delikatne z dużą dozą tajemniczości, wizualizacje odnosiły się też do roślinnego motywu przewodniego festiwalu. Teoretycznie wszystko się zgadzało, klimat miejsca i muzyka dobrze ze sobą współgrały a jednak pozostał jakiegoś rodzaju niedosyt z uwagi, że to zamknięcie XV edycji festiwalu. 

Na deser został jeszcze „after” na Kamiennej, gdzie spory gatunkowy rozstrzał niestety nie porwał. Trochę bolesny przeskok od delikatnych plemiennych brzmień od Naphta, przez afrykańsko rytmiczne brzmienia Tash LC, do wiksiarskich remixów hitów lat 90. w wykonaniu Danny L Harle sprawiły, że ciężko było dotrwać do setu RRRKRTA. I chociaż mnie to nie urzekło, to nie da się odmówić popularności brzmieniu „wixy”. Mam też nadzieję, że „safriduizacja” muzyki klubowej osiągnęła już chyba swój peak, gdyż pomimo wielkiej miłości do tropikalnego łamania rytmów, trochę przytłaczało to, kiedy wydawało ci się, że słyszysz ten sam rytm codziennie przez cały trwający festiwal. W ogólnym rozrachunku trochę zabrakło mi większej ilości eksperymentów i pozytywnych zaskoczeń. Trochę mało było odniesień do motywu przewodniego (poza dekoracją na scenie głównej i tropikalnymi rytmami), ale jak zwykle Unsound jest na czasie jak żaden inny festiwal w kraju i m.in. za to właśnie warto go odwiedzać co roku - do czego zachęcam też wszystkich zainteresowanych.

Tekst; Dawid "RaQ" Rakowski (Projekt LAB)