EXIT Festival - relacja muzikanova.pl

relacja
24 Lip 2009 16:17

 

 
EXIT Festival - relacja muzikanova.pl

Exit Festival podczas 4 dniowej fiesty świętował swoje 10cio lecie. Na miejscu był nasz wysłannik, który przygotował obszerną relację.

EXIT FESTIWAL relacja

John i Tom z Glasgow: 1 276 mil, Pina ze Splitu: 332 km, Remi z Marseille: 1 573 km. Dziesiąta edycja festiwalu EXIT rozpoczęła się już 8 lipca, w pociągach, autobusach i na dworcach. Jedni pokonywali setki kilometrów żeby zobaczyć koncert Mobiego czy Korna, drudzy żeby przeżyć wschód słońca z Magdą lub Carlem Coxem,  jeszcze inni żeby po prostu być na jednym z największych wydarzeń muzycznych w Europie.

Dla jednych był to pierwszy festiwal, dla drugich już kolejna edycja. Tego dnia jednak, dla niemal dwustu tysięcy ludzi, istniał tylko jeden jedyny kierunek: Serbia, Nowy Sad, Twierdza Petrovaradin, 10. Exit Festiwal.
3...2...1....Start!

MAIN STAGE


Artystka, której koncert niewątpliwie otworzył 10. Exit Festiwal, była Lily Allen. Ta niepokorna Brytyjka, o ciętym języku i nagannych manierach, doskonale sprawdziła się w występie na żywo. Publiczność pokochała ją niemal natychmiast, śpiewając z nią jej wszystkie przeboje. Szczegolnie chętnie 'Fuck you, fuck you very very much'. Nikt jednak nie wziął sobie tych słów serca.

Kraftwerk królem i władcą. Aby przekonać się o tym, trzeba być na ich koncercie. Istnieje ryzyko, że ten kto nie miał okazji słyszeć ich na żywo stwierdzi po prostu „Kraftwerk wielkim zespołem był...”. Naszczęście exitowa publiczność wie już dlaczego nazywają ich legendą. Trudno sobie wyobrazić, że utwory takie jak 'Autobahn', 'Radio Activity' czy 'Tour de France' powstały kilkadziesiąt lat temu. Proste, aż oczywiste, wizualizacje wspaniale współgrające z muzyką, czterech panów w kombinezonach  stojących za komputerkami. Choć wszyscy się tego spodziewali, nie obyło się bez zaskoczeń. Trzy razy wznosiła się kurtyna i tylko dwa razy wystąpili żywi członkowie zespołu. No ale coż... we are the robots.


"Moby był jedynym artystą, który wspomniał ideę przyświecającą festiwalowi. Mało kto wie, że pierwszy Exit, zorganizowany w 2000 roku, był przede wszystkim trwającym niemal sto dni, protestem przeciwko reżimowi Slobodana Milosevicia, ówczesnego prezydenta Jugosławii..."



Zdaje się, że największą liczbę ludzi zebrał koncert Mobiego. Artysta w asyście dwóch wokalistek stworzył jeden z najlepszych koncertów głównej sceny tegorocznego festiwalu. Przeplatając nieco spokojniejsze utwory z początków swojej światowej kariery, jak 'Why does my heart feel so bad' z bardziej energicznymi hitami, takimi jak 'Lift me up' czy 'Disco lies', nie pozwolił publiczności stać w miejscu, choć miejsca tego było mało. Moby był jedynym artystą, który wspomniał ideę przyświecającą festiwalowi. Mało kto wie, że pierwszy Exit, zorganizowany w 2000 roku, był przede wszystkim trwającym niemal sto dni, protestem przeciwko reżimowi Slobodana Milosevicia, ówczesnego prezydenta Jugosławii.



Kolejną najbardziej oczekiwaną gwiazdą była, występująca ostatniego festiwalowego dnia, grupa The Prodigy. Ich koncert sprzed dwóch lat został okrzyknięty najlepszym występem wszystkich edycji Exitu. Maxim Reality, Keith Flint oraz Liam Howlett przyjechali do Nowego Sadu zarówno ze swoimi największymi hitami, takimi jak 'Smack my bitch up' czy 'Voodoo people', jak i utworami promującymi wydany w tym roku album Invaders must die.

Charakterystyczne brzmienie Prodigy oraz gra świateł pozwoliły na stworzenie prawdziwego muzycznego show. Trudno jednak powiedzieć, czy udało im się powtórzyć sukces sprzed paru lat. Zdaje się, że tym razem wybuch nie miał takiej siły rażenia.

Było też kilka koncertów, które możemy nazwać po prostu poprawnymi. W występie Artic Monkeys niestety było więcej artic niż monkeys. Chłopcy brtipopowcy skupili się na promocji swojego nowego albumu, a koncert ratowały przeboje, które publiczność chętnie odśpiewywała wraz z Alexem Turnerem.

Kolejną brytyjską gwiazdą miał być przeżywający swoje 15 minut w latach 90., Manic Street Preachers. Być może podszyte ironią twierdzenie, że 20 tysięcy Anglików przyjechało specjalnie na ich koncert, miało w sobie wiele prawdy. Również Roots Manuva, w pełni zasługująca na występ na Main Stagu okazała się, niestety, nie być dla wszystkich.

Trzeba jednak zaznaczyć, że podczas tegorocznego festiwalu nie było przegranych. I zdecydowanie było więcej miłych zaskoczeń niż rozczarowań. Jednym z takich przykładów jest Grandmaster Flash. Udało mu się pod główną sceną stworzyć ogromny dancefloor, na którym rozgorączkowany tłum tańczył do takich klasyków jak dr. Dre czy Snoop Dogg.

Dance Arena Saved My Life


Na festiwalowej mapce wszystko wyglądało bardzo niepozornie. Po prawej stronie od main stage, oznaczona numerem 26, nieco większym niż dla pozostałych scen, znajdowała się Dance Arena. Aby się tam dostać trzeba było jednak pokonać niewielki pagórek. Zadanie było tym trudniejsze, iż tuż obok znajdował się Urban Bug Exit Music Dj’s stage i ciężko było obojętnie przejść obok tego miejsca. Na scenie tej, okazję wypróbowania własnych sił mieli młodzi dj, którzy, trzeba przyznać, swoim poziomem dorównywali światowym gwiazdom. Wielu właśnie tam witało kolejne festiwalowe poranki.

Pierwszego dnia zagrali tam serbscy dje Marko Nastić & Sound Diffusion, Sinisa Tamanovic & Mladen Tomic,  Dfndr &Kibz, Edy C& Antrax. Chłopaki spisali się świetnie i nie zawiedli swoich klubowiczów, bawiąc się razem z nimi w kameralnej, niemal rodzinnej atmosferze do samego rana. Szczególnie udany był set Sinisy Tamamovicia, pochodzącego z Banja Luki dja, który za gramofonami stoi już ponad dziesięć lat. Przysłowiową wisienką na torcie był utwór Justina Martina 'Sad piano' zagrany przez niego w momencie kiedy pierwsze promienie słońca przebijały się przez chmury.



Każdemu kto ostatecznie wdrapał się na wzniesienie, ukazał się obraz, który z pewnością na długo pozostanie w pamięci. U stóp ogromna scena, jedynie odrobinę mniejsza od main stage, i tysiące rytmicznie poruszających się kolorowych punkcików. Następnie kilkadziesiąt schodów w dół i oto ogromny taneczny „parkiet” przy Dance Arena, która jak głosił napis na exitowych koszulkach, saved my life.

Pierwszego dnia, godzina duchów rozpoczęła się setem Roboot. Następnie za gramofonami stanęli Steve Lawler i Lee Burridge. Radości nie było końca. Zaczynając od 'El Baile' Alaman Coyu & Edu Imbernon zagrali bardzo dynamiczny set, przez cały czas nie dając publiczności wytchnienia.

Następnie swoje dwie godziny mieli Sasha i John Digweed. Ci muzyczni bracia występujący w tandemie już niemal 15 lat, udowodnili, że zasługują na miano legend progressive transe/house. Również kolejne gwiazdy pierwszego dnia festiwalu, James Zabiela & Nic Fancliulli, znali się i współpracowali długo przez Exitem. Przejęli stery tuż przed szóstą raną i ani przez chwilę nie próżnowali, podkręcając tępo do granic możliwości człowieka, który spędził całą noc na intensywnej zabawie.

And it rained all night...


Drugiego dnia festiwalu najwięcej kłopotów dostarczał, padający niemal całą noc, deszcz. Przeszkadzał, ale ostatecznie nie przeszkodził w dobrej zabawie, a kolorowe foliowe peleryny znacznie urozmaiciły festiwalową scenerię. Pierwszymi, którym na kilka godzin udało się pokonać ulewę była Heidi i Justin Martin.

Duet ten przede wszystkim miał wspaniały kontakt z publicznością, a wspólne stanie za gramofonami dostarczało obojgu wiele radości. Przygotowali niezwykle melodyjny deep/tech housowy set, którego każda minuta nakręcała exitowych klubowiczów pozytywną energią.



Również kolejna gwiazda Dance Areny, Gui Boratto, took our breath away...Ten brazylijski dj skonstruował godzinny set niemal wyłącznie ze swoich własnych produkcji, pod koniec swojego występu hipnotyzując publiczność utworem 'Arquipelago'. Następnie przyszedł czas na nieco bardziej surowe brzmienia, bowiem kontrolę nad exitową publicznością przejął Richie Hawtin i Dubfire. Po raz pierwszy grający back to back, poprowadzili kilkutysięczny tłum przez najbardziej wyrafinowane dźwięki techno minimal.

O piątej rano znowu spadł rzęsisty deszcz, który pozwolił na wyłonienie najwytrwalszych i najwierniejszych fanów Magdy i Loco Dice. Pod Dance Arena utworzyło się ogromne błotne grzęzawisko, w którym niezmordowanie do ósmej rano tańczyło kilka tysięcy ludzi. Nikt jednak nie chciał iść do domu, a w głowach kołatało się hasło kids want minimal. Był to jeden z tych momentów w których nie chcę się nic dodać i nic ująć.



W sobotę i niedzielę kolorowe peleryny zamieniły się miejscami, z równie kolorowymi, okularami „żaluzjami”, doskonale sprawdzającymi się podczas exitowych wschodów słońca. Trzeciego dnia o trzeciej w nocy, swój set click to click rozpoczęli Steve Angello i Sebastian Ingrosso. Znani z wieloletniej współpracy dje, zagrali udany taneczny set opierając się głównie na klubowych housowych i elektrohosuowych hitach, w których sukcesie nierzadko mieli także swój udział.

Następnie przyszła pora na Adama Beyera i kolejnego szwedzkiego house mafioza, Ericka Prydza. I tu na pochwałę zasługuje przede wszystkim ten drugi, podświadomie kojarzący się z hitem Call on me. Chłopaki, balansując między techno a bardziej melodyjnymi brzmieniami, utrzymywali niezwykle wysoki poziom energii wśród publiczności. Exitowa sobota zakończyła się utworem 'Thriller', ku pamięci jej autora, Michaela Jacksona. Warto było zostać dla tego momentu.

Ostatni dzień miał należeć do Carla Coxa. Poprzedził go set Sandera Kleinenberga i Darrena Emersona, przez cały czas jednak wisiało w powietrzu pytanie, jak z tym kilkotysięcznym tłumem poradzi sobie najbardziej poszukiwany dj świata i towarzyszący mu Green Velvet. Zaczęło się bardzo niepozornie, żeby nie powiedzieć spokojnie, ale już po kilku minutach panowie mieli całkowitą władzę nad tłumem. Kiedy o 8.15 wyłączyli gramofony trudno było pogodzić się z faktem, że ich dwugodzinny występ dobiegł końca, a tym samym 10. Exit Festiwal przeszedł do historii.

And others...


Jedną z większych ciekawostek festiwalu było silent disco. Pierwsza tego typu impreza zorganizowana kilka lat temu podczas Glastenbury Festival, tym razem miała swoją premierę na Exicie i od razu spotkała się z ogromnym zainteresowaniem. Kilkaset ludzi w słuchawkach na uszach pląsało do największych hitów ostatnich lat. Zabawa była przednia, również dla stojących z boku, którzy nie słysząc muzyki, widzieli jedynie rytmicznie podskakujący w ciszy tłum.

"Kilkaset ludzi w słuchawkach na uszach pląsało do największych hitów ostatnich lat..."


Wielu z kilkutysięcznej publiczności przyjechało na festiwal nie dla wielkich nazwisk i wielkich gwiazd. Zachęciła ich obietnica całonocnej zabawy przy ulubionej muzyce, usłyszenia i poznania wielu niszowych artystów, którzy rozkręcali imprezy na poszczególnych mniejszych scenach. Do wczesnych godzin rannych bawiono się tam przy muzyce reggae, folk, rock, drum’n bass czy elektro. W zasadzie, oprócz popu, nie było gatunku muzyki, o którym organizatorzy festiwalu by zapomnieli. Jedynym minusem tak wielkiej liczby możliwości, był brak maszyn do przenoszenia w czasie i przestrzeni. Dlatego też co chwilę przypominała się sentencja: życie to sztuka wyboru...



Pośród tego gąszczu muzycznych propozycji warto było wybrać  koncert szwedzkiej grupy indie electro Lo-Fi-Fnk. Dzieciaki w ciągu niecałej godziny zmusiły do beztroskiego i niczym nieskrępowanego tańca kilkaset ludzi zgromadzonych przy Battery stage, scenie z muzyką elektroniczną i eksperymentalną.
Swojego reprezentanta na Exicie miała również wytwórnia Ninja Tune. Ostatniego dnia festiwalu zagrał Amon Tobin. Przyciągając dość sporą liczbę publiczności, którą zapewne zwabiła ciekawość brazylijski muzyk na żywo radzi sobie z samplami, ostatecznie został z jej najbardziej wytrwałą częścią, którą powoli ale systematycznie wkręcał w brzmienia broken beat.

Niedaleko Suba stage, na której wystąpił Amon Tobin, znajdował się Positive Stage, a tam radosne brzmienia reggae. Występ zespołu Zaa zmuszał do kilkuminutowego przystanku w tym miejscu i wtopienia się na chwilę w grono bestroskich ludzi, z których kipiała pozytywna energia.

 Warto też wspomnieć, że na terenie festiwalu znajdowało się kilka miejsc, gdzie po prostu była... cisza. Były to chilloutowe tarasy, na których z dala od zgiełku kilkadziesiąt ludzi regenerowało siły wpatrując się w oświetlone miasto i rzekę. 
 

Diabeł tkwi w szczegółach, czyli podziękowania dla organizatorów.


Rzeczą, która niezmiernie uprzyjemniała zabawę na festiwalu, była bardzo dobra organizacja. Na obszarze ponad stu hektarów i czterech poziomach XVII wiecznej twierdzy, udało się umieścić 25 scen w taki sposób, że nikt z występujących i publiczności nie cierpiał z powodu ich bliskiego sąsiedztwa. Dzięki licznym korytarzom, wnękom i tarasom, na których były ulokowane sceny, nie plątał się żaden nieproszony dźwięk.



Mimo ogromnej liczby ludzi, w zasadzie nie istaniały kolejki do punktów sprzedaży żetonów, barów, stoisk z jedzeniem czy toalet. Fortecowe uliczki i tunele były bardzo dobrze oznaczone, a w razie problemów istniały punkty informacyjne. Czas oczekiwania na wejście na festiwal był skrócony do niezbędnego minimum. Jedynymi miejscami, gdzie tworzyły się kilkusekundowe korki były tunele oraz główne skrzyżowanie niedaleko main stage, przede wszystkim w przerwach koncertów głównych gwiazd. Dzięki takiej organizacji przemieszczanie się między poszczególnymi scenami było znacznie ułatwione i prawdopodobieństwo spóźnienia się na występ ulubionego artysty nie było tak duże, jak się początkowo spodziewało.

Na koniec  kilka liczb:
4 dni i 190 tysięcy ludzi, ponad 600 artystów, 25 scen, około 500 koncertów. 12 tysięcy ludzi na festiwalowym kampie. 35 tysięcy cudzoziemców, w tym 20 tysięcy Brytyjczyków.

Więcej fotek z Exit Festival 2009 obejrzycie na oficjalnej stronie:

www.exitfest.org


Korzystanie z witryny muno.pl oznacza zgodę na wykorzystywanie plików cookies, z których niektóre mogą być już zapisane w folderze przeglądarki. Więcej informacji można znaleźć w Polityce cookies.